Wiele karier ludzi dorosłych zaczyna się od dziecięcych marzeń. Od pragnień całkiem na serio, jak i też tych wypowiadanych, żeby dorosłym dać powód do zachwytów i pochwał. Na scenie konińskiego Oskardu pojawiło się tego wieczoru zapewne wiele dzieci, które wymarzyły sobie karierę piosenkarki. Widownia była zapełniona bliskimi – rodzicami, przyjaciółmi, rodziną, wiernie kibicującymi, bijącymi brawo jak i wspierającymi w trudnych chwilach.

Podejrzewam, że tego wieczoru na scenie wiele marzeń zostało pogrzebanych, wiele natomiast rozpaliło się dość mocno – festiwale i konkursy podnoszą temperaturę w dziecięcych głowach, czasem jedna niesprawiedliwa ocena sprawia, że młody człowiek zniechęca się do czegoś, co sprawia mu przyjemność, a z drugiej strony – nawet drobne, życzliwe słowo może zachęcić do niedludzkiego wysiłku.

Siedząc na widowni można było być lekko oszołomionym różnorodnością tekstów – i tych bardzo prostych, wyśpiewywanych głosami na początku edukacji, jak i tych bardziej skomplikowanych, o głębszej treści, wykonywanych przez głosy mocne, szkolone, o cieplejszej barwie i dojrzałej tonacji. Każdy z wykonawców miał swoje kilka minut na scenie, wśród kolorowych reflektorów i dymów – w pełni profesjonalnie i dojrzale. Podejrzewam, że niejeden rodzic wpatrywał się w swoją pociechę widząc w niej przyszłą gwiazdę, która porwie tłumy na koncertach. Łatwo o takie marzenia, kiedy ma się je dość mocno zwizualizowane.

Przyznam szczerze, że moimi faworytkami były Agata Sieczkowska i Iga Brzezińska. Pierwsza nie bała się piosenki „Heniek” z repertuaru grupy BratHanki – lekko folkowej, żartobliwej, bodaj jedynej, która zahaczała o konwencję nieco ludyczną, aczkolwiek inteligentną, nieprzaśną i lekką. Dziewczyna do tego wybrała bardzo malowniczy, lekko rustykalny strój z wiankiem i myślę, że taką stylizacją, bosymi stopami i swoją bezpośredniością dotarła do wielu osób. Druga, Iga, w oszczędnym czarnym stroju zmierzyła się z tekstem Jonasza Kofty i wykonaniem Stanisława Soyki – czyli piosenką „Epitafium dla Mahalii Jackson”. Iga brawurowo zinterpretowała utwór, nadając mu głębi swoim mocnym, niskim głosem, do tego pokazała, że radzi sobie z trudną linią melodyczną utworu i treścią niełatwej piosenki.

Zanim rozdano utwory na scenie wystąpił Krzysztof Iwaneczko, zwycięzca 6. edycji The Voice of Poland 2015. Byłam zaciekawiona artystą, który był dla mnie pewną nowością – od lat nie oglądam telewizji, tak więc wszelkie produkcje telewizyjne, nawet związane z muzyką, są mi obce. Okazało się, że Krzysztof Iwaneczko – o ile da sobie radę w polskim świecie szow-biznesu – naprawdę może mieć szansę na karierę. Stworzył na scenie bardzo intymny nastrój swoją muzyką i piosenkami, przyciągnął uwagę widowni, a co najważniejsze – ujął wszystkich bardzo bezpośrednim sposobem bycia. Nawiązał serdeczny kontakt z widownią, urządził mini konkurs i zaśpiewał z jednym z widzów – zwycięzcą konkursu, po czym zaprosił na scenę wszystkich finalistów festiwalu i zaprosił ich do wspólnego wykonania jednej z piosenek. Ten młody chłopak w sposób absolutnie szczery kupił wszystkich – włącznie ze mną. Nie wnikam, ile w jego zachowaniu było aktorstwa, a ile autentycznej radości, zawstydzenia i otwartości – zachował się z ogromną klasą i pokorą wobec widowni. Po takim zachowaniu można zaryzykować stwierdzenie, że nie było na sali osoby nim niezafascynowanej.

Kwestię przyznawania nagród zawsze można dyskutować – według mnie tylko wyróżnienie dla Agaty Sieczkowskiej było nieco niesprawiedliwe, za to Grand Prix dla Igi – zdecydowanie zasłużone, ale pozostaje tylko mieć nadzieję, że nagrody lub ich brak tego wieczoru nie zniszczyły zbyt wiele dziecięcych marzeń. Dzięki nim mamy potem dorosłych, którzy porywają innych swoją pasją.

Joanna Graszk-Łojewska

36. Festiwal Piosenki Dziecięcej i Młodzieżowej – koncert finalistów oraz Krzysztofa Iwaneczki.

 

Komenatrze są wyłączone